Showing posts with label recenzja płyt. Show all posts
Showing posts with label recenzja płyt. Show all posts
Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | KRISTINA TRAIN - SPILT MILK

11:35 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | KRISTINA TRAIN - SPILT MILK

Hej!

Dziś zapraszam Was na kolejną recenzję muzyczną. Ostatnie takie wpisy pojawiły się w lutym (odsyłam Was tu i tu), więc z przyjemnością przedstawię Wam jedną z moich ulubionych albumów sprzed lat.


Płyta Spilt Milk Kristiny Train ukazała się w 2009 roku, a poznałam ją dzięki audycji Trójkowej Mini Max. Kompozycja tytułowa Spilt Milk, od razu wpadła mi w ucho, a potężny głos wokalistki przykuł moją uwagę.
Kristina Train to artystka wykonująca muzykę z gatunku soul, pop, blues z elementami jazzu. Kombinacja idealna. Głos wokalistki jest niesamowity - mocny, momentami nieco zachrypnięty. Nie ma się co dziwić, że głos Train brzmi jak głos czarnoskórej wokalistki z chóru gospel. Artystka jako dziecko śpiewała właśnie w jednym z takich chórków w Savannah, Georgia. W parze z mocnymi wokalami w tle, charakterystycznymi dla muzyki soul, otrzymujemy potężne połączenie, które zdecydowanie jest napakowane emocjami. Utwory na płycie to intymne soulowo-bluesowe ballady skomponowane w stylu klasycznych piosenek pochodzących z południowych Stanów (Ray Charles, Al Green, Otis Redding, Dusty Springfield). Przy pierwszych taktach można nawet pomyśleć, że jest to Norah Jones. Właściwie, producentem płyty miał być Lee Alesander, który pracował z Jones przy tworzeniu m.in. Come Away With Me, jednak Kristina nie chciała być kopią i pojechała wydać płytę do Londynu.

Słuchając całego albumu byłam mile zaskoczona, bo każdy utwór jest utrzymany w podobnym stylu, a melodie piosenek nucimy sobie w głowie przez kolejne kilka dni. Jest to rodzaj płyty, której słuchacie od początku do końca, w kółko do momentu, aż się Wam znudzi i po jakimś czasie znów do niej wracacie.

Mam nadzieję, że miło Wam się będzie słuchało Kristiny Train i zapoznacie się z innymi dziełami artystki. Wklejam Wam moje ulubione piosenki, chociaż ciężko jest wybrać tylko kilka:)








Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | JULIA HOLTER - HAVE YOU IN MY WILDERNESS

8:54 PM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | JULIA HOLTER - HAVE YOU IN MY WILDERNESS

Hej!

Dziś wracam do Was z recenzją płyty, która ma już 3 lata, bo ukazała się w 2015 roku. Sama poznałam ją już jakiś czas temu i przypomniałam sobie o niej zupełnie przypadkiem wczoraj. Jeśli jesteście ciekawi, o jakim albumie mówię, to zapraszam do czytania dalej.


Julia Holter, to artystka mało znana szerszej publiczności. Jeśli jednak interesujecie się muzyką awangardową, to płyta Have You In My Wilderness, będzie Wam już dobrze znana. Amerykańska wokalistka i kompozytorka obsługuje pianino, klawesyn i podobno też perkusję, a płyta, o której mowa została skomponowana w zaciszu domowym przez artystkę.

Nietuzinkowy styl Julii jest czymś, do czego trzeba się przekonać. Na płycie autorka realizuje swoje senne wizje i opowieści przesiąknięte metaforami. Teksty są równie zagmatwane co słowotok Joanny Newsom ale przez to czuję się zaintrygowana. Głos Julii jest momentami teatralny i mamy wrażenie, że przemawia ona do nas z głębin mórz i oceanów lub z całkowicie innego wszechświata. Czasem mam wrażenie, że śpiewa ona z podziałem na rolę. W utworze How Long? jest to szczególnie zauważalne.

Dźwięk na płycie jest jakby zamglony, przytłumiony, a dźwięki snujące się na albumie zaaranżowane są z najwyższą dokładnością mimo, że chwilami mamy wrażenie jakby wszystko się sypało. Jest to chaos kontrolowany przez artystkę z niezwykle bujną wyobraźnią i awangardowym spojrzeniem na muzykę pop. W idealnym świecie myślę, że można byłoby usłyszeć utwór np. Feel You w radiu jadąc autobusem. Album ten oceniany jest jako najmniej pokręcony i najbardziej przystępny a dorobku Julii Holter. Jednak słychać wyraźnie, że autorka inspiruje się jazzem i muzyką psychodeliczną.

Oprócz tradycyjnego dla śpiewająch songwriterek pianina, mamy również barokowy klawesyn, co jednoznacznie kojarzy się z artystkami takimi jak Tori Amos, czy wspominiana Joanna Newsom. Momenty, w których pojawiają się smyczki, czy niespodziewany saksofon są dla mnie wszystkim na tej płycie. Moje ulubione utwory to: Feel You, Lucette Stranded on the Island, Sea Calls Me Home, Night Song oraz Betsy on the Roof

Mam nadzieję, że przesłuchacie tej płyty i zainteresujecie się artystką, bo na pewno jest godna uwagi. Jeśli szukacie nieszablonowych brzmień, które rozbudzą w Was emocje bez hałasu i wrzasku, ta płyta jest dla Was. Znacie Julię Holter? Lubicie czasem posłuchać czegoś zupełnie nie z tej Ziemi? A może macie do polecenia jakieś ciekawe płyty? Chętnie poczytam Wasze komentarze. Mam nadzieję, że macie się naprawdę dobrze. Do usłyszenia w kolejnym poście!







Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | THE PAPER KITES - TWELVEFOUR

11:38 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | THE PAPER KITES - TWELVEFOUR

Hej!

Dzisiaj coś dla entuzjastów gatunku indie rock, czyli recenzja płyty australijskiego zespołu The Paper Kites - Twelvefour.
Jeśli czytacie moje muzyczne posty, wiecie, że lubię też i taką muzykę (odsyłam do poprzednich podobnych recenzji tu i tu i jeszcze tu


Pierwsze albumy TPK były osadzone w klimacie bardziej folkowym, niż rockowym, co nie każdemu może przypaść do gustu, więc jeśli wolicie bardziej gitarowe brzmienia, płyta Twelvefour wydana w 2015 może się Wam spodobać.

Pierwsza piosenka na płycie, Electric Indigo do złudzenia przypomina mi piosenkę Bear's Den - Red Earth and Pouring Rain. Podobna gitara, rytm i kompozycja. Ale to nie zmienia faktu, że jest to zdecydowanie jeden z lepszych utworów na płycie. Pięknie zbudowana, hipotyzująca linia melodyczna z interesującymi gitarowymi riffami plus tekst, który łamie serce:

"Distance never made me stronger, it tore us apart
And I know I left you questions and a lonely heart
But you've been waiting long enough to let it go
I'll do you right
Cause time is just a remedy
Covered in disguise"

Okładka płyty - fragment neonowego szyldu świecącego zachęcająco na niebiesko i różowo odzwierciedla nocny klimat rodem z dyskoteki lat osiemdziesiątych jaki można wyczuć w Electric Indigo.



Podobno autor tekstów i wokalista Sam Bentley pisał utwory na płytę nocą (jak na prawdziwego artystę przystało), a dokładnie między północą a 4 w nocy, kiedy czuł największy przypływ weny stąd też nazwa płyty Twelvefour. Ciężko to wyjaśnić, ale muszę przyznać, że czuć w tych stonowanych, atmosferycznych dźwiękach i kontemplacyjnych tekstach nocną atmosferę. Melancholijne akustyczne Neon Crimson, czy powolne Bleed Confusion są idealne do nocnych rozmyślań.

Moim ulubionym utworem na płycie, oprócz Electric Indigo, jest ostatnia piosenka Too Late - bluesowa, ciągnąca się powoli ballada z niesamowitą dawką dramatyzmu, podczas słuchania której nie mogę robić absolutnie nic innego poza słuchaniem. A pomyśleć, że ten utwór w ogóle miał nie pojawić się na płycie, ze względu na odrębność stylistyczną od reszty. Moim zdaniem jest to idealne zwieńczenie tej nocnej podróży.



Co należy podkreślić, to fakt, że na płycie mamy różnorodność gatunków od rocku, do folku, po country, a mimo to płyta jest spójna i pokazuje wszechstronność zespołu. Gorąco Was zachęcam do przesłuchania płyty i zostawiania komentarzy pod postem. Mam nadzieję, że muzyka przypadnie Wam do gustu i zostaniecie z nią na dłużej.


Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | IAMAMIWHOAMI - FOUNTAIN

11:47 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | IAMAMIWHOAMI - FOUNTAIN

Hej!

Po dłuższej przerwie od pisania recenzji płyt, miło mi powrócić do muzycznego piątku. Szykuję dla Was jeszcze jeden post, który pojawi się jutro, ale będzie to wpis makijażowy z tutorialem i obszerną recenzją nowośći kosmetycznych, z posiadania których jestem niesamowicie zadowolona.

Dzisiaj zapraszam na dawkę muzycznych wrażeń, które mam nadzieję zainspirują Was do tworzenia, tak jak było to w moim przypadku.


Album, który dzisiaj Wam przedstawię, jest trzecią płytą elektronicznego projektu iamamiwhoami i chciałam zaznaczyć, że wyróżniam ją tu ze względu również na oprawę video, która towarzyszy muzyce. Teledyski to w większości dodatek do utworów i przyznam, że nie przywiązuję zwykle do nich dużej wagi. Jeśli mamy do czynienia z artystami takimi, jak Jonna Lee wiadomo, że to co dzieję się w video jest nieodłączną częścią muzyki, a album jest również projektem wizualnym.

Nie będę tutaj rozpisywać się na temat tajemniczych początków zespołu, kiedy to ukazały się pierwsze surrealistyczne videoklipy ponad 7 lat temu i wszyscy spekulowali na temat wokalistki, która nie pokazywała jeszcze wtedy swojej twarzy. Wszyscy zastanawiali się wtedy kim jest ta wychodząca z drzew postać z umalowaną na czarno twarzą i białymi włosami, czy to może Lady Gaga? O tym możecie poczytać sobie w internecie :)

Płyta Fountain została wypuszczona w 2014, a zespół metodycznie publikował video do każdej piosenki na swoim youtubowym kanale.

Moje pierwsze odczucia po przesłuchaniu albumu były takie, że jest to mieszanka czegoś, co jak wiecie bardzo lubię w muzyce, czyli powrót do lat 80 z powiewem nowoczesnej świeżości. Jednocześnie płyta zdecydowanie jest najbardziej strawną i melodyjną płytą zespołu. Dla niektórych jest to na pewno zaletą, dla mnie pokazuje tylko wszechstronność iamamiwhoami. Niebanalny wokal i dopieszczone aranżacje sprawiają, że te melodyjne piosenki wpadają w ucho i zostają w waszej głowie na dłużej, a mimo dużej dawki elektroniki, album jest jednak popowy (co nie znaczy zły). Czytając teksty ciężko mi określić o czym jest ta płyta ale wiecie co?...zawsze skupiałam się bardziej na tym co czuję słuchając danej muzyki i wydaje mi się, że tak właśnie trzeba do tego podejść. Teksty Jonny Lee są enigmatyczne, a dźwięki mimo, że są popowe i porywające, w tekstach i melodii czuć nostalgię i gorycz. Wystarczy posłuchać utworu Chasing Kites, który jest chyba najbardziej melodyjnym kawałkiem na płycie i przeczytać słowa:

"Under the ocean, outcast with nowhere to go (nowhere to go, nowhere to go)
A brighter forecast where new winds will blow (we let it go, we let it go)
A storm is drawing near, come meet me when it's cleared
Waste my youth chasing kites, I know it'll blow out of my hand"

Zastanawiając się chwilę nad przesłaniem płyty, można powiedzieć, że mimo wszystko ma ona nadal ma w sobie pewien mrok i tajemniczość, które towarzyszą zespołowi od samego początku. W tekstach można wyczuć niepewność, smutek, zagubienie, a tekst piosenki "Last Dancer" w parze z melodią tworzy nieco przewrotną mieszankę:

"Look at the stars in the winter sky
Everything will bleed tonight
What a beautiful day to die"

Teraz czas wspomnieć o oprawie wizualnej, a tu tak zresztą jak muzycznie, teledyski są o wiele bardziej dopracowane technicznie, jak przy poprzednich projektach. Wysmakowane kadry, spójna kolorystyka i niesamowity klimat, stanowi dla mnie wielką inspirację przy tworzeniu fotografii, tym bardziej, że mam słabość do bieli i błękitów na zdjęciach, a te kolory dominują w teledyskach iamamiwhoami.

Polecam Wam serdecznie przyjrzeć się całej twórczości tego zespołu i zapraszam do przesłuchania kilku piosenek z płyty:









Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | Bear's Den - Red Earth and Pouring Rain

11:34 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | Bear's Den - Red Earth and Pouring Rain

Hej!

Bardzo się cieszę, że mogę dla Was zaprezentować kolejną płytę w ten słoneczny piątek. Album, o którym dziś wspomnę, chodzi mi ostatnio po głowie cały czas, a więc nie mogłam wybrać nic innego do dzisiejszego wpisu, jak Bear's Den - Red Earth and Pouring Rain.


Płytę poznałam w zeszłym roku i od razu wpadła mi w ucho, ze względu na pewną nutkę nostalgii jaką wyczuwam w utworach Bear's Den. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zespół w niewielkim stopniu inspiruje się latami 80. Członek grupy, Kev Jones sam przyznaje zresztą, że Red Earth and Pouring Rain jest jak jazda przed siebie samochodem jednocześnie ciągle patrząc w lusterko wsteczne. Myślę, że ta metafora oddaje wspaniale klimat piosenek na tym albumie.
Mamy tu historie byłych związków, czy wyraz tęsknoty za domem okraszony pewną charakterystyczną mgiełką lat 80, którą można usłyszeć szczególnie w pierwszym utworze. Zespół nagrał ten album po odejściu jednego z założycieli grupy, kiedy to Niedźwiedzia Jama miała przestać istnieć.

Teksty na płycie są przejmujące i zawiłe, skłaniają do tworzenia obrazów w głowie. Kompozycje może nie są odkrywcze ale nie o to tu chodzi. Słowa utworu Fortress za każdym razem wprawiają mnie w bardzo nostalgiczny nastrój.

"Watching you float across the isle of sand,
Before the fire works began I close my eyes,
And wrap my arms around you.
Do you remember what I whispered love?
Do you remember what I whispered, love?

This is how it's meant to be,
This is where we're supposed to be.
I don't think anyone
Has ever loved anyone
The way I loved you".

Muzycznie płyta utrzymana jest w klimacie alternatywnego rocka z elementami folku. Gdzieniegdzie pobrzmiewa banjo, mamy też trąby (w utworze Napoleon świetnie pasują). Pewnie Ci z Was, którzy interesują się taką muzyką będą mieli skojarzenia z zespołem Mumford & Sons, chociaż Bear's Den jest w moim odczuciu zdecydowanie mniej folkowy, a bardziej rockowy.

Zachęcam do przesłuchania całego albumu, bo jest to coś wyjątkowego i na pewno słuchając go, pomyślicie o dawnych miłościach, o utraconych szansach i tym, co (lub kogo) zostawiliście daleko w tyle.

Wklejam Wam moje ulubione utwory z płyty Red Earth and Pouring Rain i mam nadzieję, że będzie Wam się miło słuchało. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, czy zespół Wam się spodobał. Mam nadzieję, że miło spędzicie ten weekend i że macie sporo dobrej muzyki, przy której się zrelaksujecie:)








Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | TIMBER TIMBRE - HOT DREAMS

12:48 PM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | TIMBER TIMBRE - HOT DREAMS

Hej:)

Jak dobrze, że już piątek. Kolejny tydzień bliżej do Świąt;) Nowa płyta Bjork nie została jeszcze przeze mnie dobrze strawiona, więc dzisiaj opowiem o płycie być może mniej znanego wykonawcy, mianowicie kanadyjskiego zespołu Timber Timbre. Płyta pochodzi z 2014 roku i nosi tytuł "Hot Dreams".


Na zespół, jak to zwykle u mnie bywa, natrafiłam zupełnie przypadkiem słuchając playlisty na Spotify "Jesienny chill". Nagle weszła piosenka pod tym samym tytułem, co cały album i moim pierwszym skojarzeniem było Morphine (zespół, który uwielbiam, a który z powodu śmierci wokalisty, już niestety nie istnieje). Wokal jest łudząco podobny do głosu Marka Sandmana z Morphine, a stylistyka odrobinę przypomina twórczość tego zespołu.

Klimat bardzo kojarzy mi się z filmami Rodrigueza lub Tarantino, lecz nie potrafię powiedzieć dlaczego. Być może przez lekko kowbojską atmosferę, lub może przez sposób śpiewania Taylora Kirka. Mam wrażenie, że celowo stylizuje on swój głos, by brzmieć jak klasyczny amerykański wokalista z dawnych lat, robiąc to z przymrużeniem oka. Gatunek muzyczny jaki reprezentują panowie z Timber Timbre można opisać jako psychodeliczny folk z elementami bluesa, czy rocka. Jeśli śledzicie moje muzyczne posty, pewnie wiecie, że uwielbiam rock progresywny i muzykę lat 70'. W utworach na Hot Dreams słychać bardzo wpływy King Crimson, czy innych zespołów z tamtych lat.

Uwielbiam połączenie gitary elektrycznej z saksofonem barytonowym, trąbkami i melotronem. Na płycie znajdziemy dużo zaskakujących momentów, ciekawych, czasem nostalgicznych kompozycji snujących się jak tumbleweed na pustyni w westernach. W niektórych piosenkach, szczególnie w utworze "Run From Me" (skomponowanym na stylistykę bolero) Kirk brzmi trochę jak Elvis, trochę jak Roy Orbison, co sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z amerykańskim, a nie kanadyjskim zespołem.

Ulubione utwory: Hot Dreams, This Low Commotion, The New Tomorrow.

Mam nadzieję, że moja kolejna muzyczna propozycja przypadnie Wam do gustu i dacie temu zespołowi szansę. Ja uwielbiam odkrywać nowe rzeczy i dzielić się tymi odkryciami z innymi. Dajcie znać w komentarzach, czy lubicie takie muzyczne posty! Zapraszam do słuchania:

Muzyczny piątek. | Utwory idealne na jesień.

12:14 PM

Muzyczny piątek. | Utwory idealne na jesień.

Hej!

Dzisiaj postanowiłam zrobić nieco innego posta muzycznego, niż dotychczas. Nie będzie to recenzja jednej płyty ale kilka muzycznych propozycji, idealnych na jesienne wieczory. Utwory, które zaprezentuję, albo kojarzą się z jesienią, albo są między innymi o jesieni. Niektóre też wyprowadzą Was z jesiennej chandry. Mam nadzieję, że taki post Wam się spodoba:)


1. Beth Gibbons - Funny Time of Year

Piosenka pochodzi z płyty "Out of Season" i w sposób bardzo refleksyjny mówi o zmianach na przestrzeni jesieni i zimy ale przede wszystkim jest o tęsknocie za ukochanym. Głos Beth Gibbons zapewne znacie z zespołu Portishead, jednak album solowy artystki to coś odrobinę innego niż osiągnięcia zespołu. Cała płyta wieje chłodem i nostalgią, chociaż są w niej cieplejsze momenty (utwór "Romance").



2. John Coltrane - In a Sentimental Mood

Czy jest coś lepszego jesienią niż jazz? Nie sądzę:) Wiecie, że jest to mój ukochany gatunek i na tym blogu pojawiła się już recenzja płyty, której musicie posłuchać tej jesieni. (Odsyłam tu). John Coltrane jest jednym z moich ulubionych wykonawców, a nic nie koi nerwów i nie rozgrzewa serca, tak jak In a Sentimental Mood. Prosty i zarazem niepokojący motyw klawiszowy, powtarzający się w piosence jest otulony miękkimi dźwiękami saksofonu.



3. Ella Fitzgerald - A Foggy Day

Zostańmy na chwilę przy jazzie, bo mam dla Was jeszcze kilka propozycji z tego gatunku. Kiedyś usłyszałam w radiu, że płyty Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga powinny być sprzedawane w aptekach jako środek antydepresyjny. Myślę, że jest to jak najbardziej zasadne. Wystarczy posłuchać dwóch kolejnych utworów, aby poczuć jak tworzy nam się automatycznie uśmiech na twarzy. Ellę uwielbiam, uważam, że jest najlepszą wokalistką w historii muzyki. Sposób w jaki panuje nad swoim głosem podczas improwizacji na koncertach, za każdym razem mnie zaskakuje. Jestem pełna podziwu dla jej kunsztu, poza tym, nadaje znanym powszechnie evergreenom tego czegoś. Zawsze jej piosenki kojarzą mi się z senną jesienią, z zamglonym miastem, z atmosferą zbliżających się wielkimi krokami świąt.



4. Ella Fitzgerald & Louis Armstrong - Autumn in New York

Słuchając tej pieśni mam przed oczami obraz kolorowego, jesiennego Central Parku, po którym spacerują ludzie w płaszczach. Kojarzycie film "Kiedy Harry poznał Sally"? Tam jest taka scena, gdzie Meg Ryan opowiada swój sen Billy'emu Crystalowi i spacerują właśnie po słynnym, nowojorskim parku, a wokół nich widać mnóstwo żółtych liści. Mam nadzieję, że ta piosenka przeniesie Was do takiego klimatu.



6. Ulver - Eos

Teraz coś z innej bajki. Nie będę klasyfikować zespołu Ulver, ponieważ nagrali oni kilka płyt z bardzo odległych od siebie gatunków muzycznych. Płyta, z której pochodzi utwór "Eos", "The Shadows of the Sun" jest czymś niezwykłym. Ostrzegam: album jest dołujący, ale przepiękny. Jeśli lubicie tajemnicze, spokojnie klimaty, cały album będzie dobrym tłem do jesiennych rozmyśleń. Utwór, o którym tu mowa otwiera płytę, jest bardzo minimalistyczny, ma krótkie słowa opowiadające o przemijaniu i zmianach. "The sun is far away, it goes in circles. Someone dies, someone lives in pain..." Prawda, że proste i piękne zarazem?



7. Opeth - Windowpane

Nie wiem, czy Wam też się zdarza czasem gapić w okno i "zawieszać"? Jesień skłania do refleksji, a najlepiej jest to robić patrząc w okno i słuchając ulubionej muzyki. Nie nakłaniam do wpędzania się w depresję, ale czasem dobrze jest się na chwilę zatrzymać i pokontemplować nadciągający koniec roku. Piosenka "Windowpane" może być w tym pomocna. Zespół Opeth bardzo lubię, szczególnie album Damnation i ich ostatnie produkcje ze Stevenem Wilsonem. "Windowpane" to pięknie skomponowany utwór progresywno rockowy z bardzo poetyckim tekstem opowiadającym o tajemniczej postaci w oknie, która pojawia się i znika. Mam nadzieję, że ten utwór przypadnie Wam do gustu.



To już całe moje zestawienie. Mam nadzieję, że post był dla Was przydatny i odkryliście dzięki niemu ciekawe muzyczne propozycje. Życzę Wam miłego weekendu wypełnionego dobrą muzyką:)
Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | SABRINA CLAUDIO - ABOUT TIME

12:21 PM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | SABRINA CLAUDIO - ABOUT TIME

Hej!

Jestem przekonana, że zarówno uroda, jak i głos artystki, którą dzisiaj przedstawię, Was zauroczy, tak jak i mnie. Bardzo się cieszę, że Sabrina Claudio wydała nową płytę, która jest dla mnie trochę substytutem wyczekiwanej płyty FKA Twigs (trochę za długo to trwa). Mimo, że te dwie panie znacznie się różnią, to muzycznie mamy tu do czynienia z podmuchem r'n'b z lat 90 w nowocześniejszej, nieco bardziej elektronicznej otoczce. Nawet wygląd Sabriny kojarzy mi się w wokalistkami każdego zespołu r'n'b z tamtych lat. Długie, czarne loki i makijaż w brązach. Na temat urody Claudio nie trzeba się rozpisywać, wystarczy obejrzeć kilka teledysków...

Muzyka Sabriny Claudio to aksamitna i uwodzicielska mieszanka soul'u, r'n'b i chillout'u. Głos artystki jest łagodny i kojący, a melodie płynące z głośników to kołyszące i ciepłe klimaty, zupełnie różne od tego do czego przyzwyczaiły nas listy przebojów. Muzyka r'n'b zmieniła się na przestrzeni lat diametralnie i w pewnym momencie wszystko poszło w jakąś dziwnie zbuntowaną, agresywną, trochę za bardzo "gangsta" stronę. Kobiety energicznie potrząsają pośladkami w niemal każdym teledysku i aż miło popatrzeć na snującą się po ciemnym pokoju Sabrinę ubraną w elegancką, satynową suknię ze smakowicie wyciętym dekoltem i subtelnym makijażem. Jest to miła odmiana od wulgarnych, krzykliwych wokalistek z obrzydliwie długimi paznokciami i podobnymi do siebie głosami.

Wracając do samej płyty...mimo, iż nie ma tu nic rewolucyjnego, czy odkrywczego, mamy 12 mniej i bardziej pięknych, nastrojowych utworów. Moje ulubione to: Belong to You, Unravel Me, Stand Still, oraz kojarzące się z mainstreamowym r'n'b Wanna Know i Frozen.

Płyta jest godna polecenia i jestem pewna, że wpadnie Wam w ucho. Zapraszam do zapoznania się z albumem i mam nadzieję, że wpis Wam się spodobał.

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | CIGARETTES AFTER SEX

10:13 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | CIGARETTES AFTER SEX

Hej!

Długo zastanawiałam się na tym jaką płytę wybrać do dzisiejszej recenzji, dopóki parę dni temu pomysł nie wpadł mi sam dzięki nowej piosence pewnego zespołu puszczonej w radiu.
Ucieszyłam się, że zespół, o którym mało kto pewnie słyszał, nagrał w końcu swój pierwszy album studyjny.

Cigarettes After Sex poznałam jakieś 3 lata temu i zauroczył mnie klimat ich kilku singli. Zespół pochodzi z Teksasu i składa się z czterech muzyków. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam utwór Keep On Loving You, byłam święcie przekonana, że mam do czynienia z wokalistką. Jak się później okazało, liderem zespołu jest Greg Gonzalez, brodaty facet z krwi i kości. W życiu byście nie skojarzyli tego głosu z twarzą Gonzaleza:)

Płyta, która ukazała się w czerwcu 2017 składa się z dziesięciu piosenek utrzymanych w klimacie ambient popu, czy też noir popu. Jeśli ktoś zna dotychczasowe single zespołu, nie będzie zaskoczony, tym co znajdzie na tej płycie. Fajnie, że zespół ma swoje specyficzne brzmienie i konsekwentnie realizuje je na tym albumie.

Utwory na płycie są przede wszystkim melodyjne i zapadają w pamięć, a cała płyta stanowi spójną całość. Tak spójną, że ciężko odróżnić te utwory od siebie, co dla niektórych będzie pewnie oznaczać nudę. Ja odnajduję w tym pewne ukojenie, ponieważ słuchając jej np. w nocy, nie ma momentów zaskoczenia. Wszystko jest na jednym, poziomie i słuchając albumu możemy na prawdę się zrelaksować.

Najbardziej przypadła mi do gustu piosenka Sunsetz, Flash i John Wayne. Wszystkie utwory sączą się powoli, są melodyjnymi i jednocześnie depresyjnymi zapiskami nowoczesnego romantyka ze złamanym sercem. Muzycznie, płyta kojarzy mi się z zespołem Cocteau Twins i filmami Davida Lyncha. Chłopięcy wokal na granicy kojącego szeptu oprócz wpadających w ucho, nostalgicznych kompozycji, jest niesamowicie hipnotyzujący. W słowach piosenek odnajdujemy romantyczne historie początków zakochania i subtelne erotyczne podteksty przy akompaniamencie odbijającej się echem leniwej gitary.

Zachęcam Was gorąco do zapoznania się z historiami opowiadającymi o miłości, która mogła być na wyciągnięcie ręki, lecz jest boleśnie daleko.


Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | ELSIANE - HYBRID

10:28 AM

Muzyczny piątek, czyli recenzja płyty | ELSIANE - HYBRID

Hej

Dziękuję Wam za pozytywny odzew pod moimi ostatnimi postami, wiele z Was zajrzało również na mój kanał na youtubie i mój fanpage, za co jestem bardzo wdzięczna. Niedługo pojawi się post dotyczący jesiennej pielęgnacji skóry oraz post makijażowy prezentujący dzienny make-up kosmetykami łatwo dostępnymi (i tanimi!) w drogeriach. Tymczasem zapraszam Was na kolejną część muzycznego piątku:)

Pamiętam jak dziś rok 2008, jesień i drugi rok studiów anglistyki. Doskonale sobie przypominam te twarze, miejsca i tą ekscytującą niepewność jaka przychodzi z początkiem roku akademickiego.
Były też nowe dźwięki, nowe płyty, których nigdy nie zapomnę i które zawsze będą wysoko na mojej liście "top albumów życia". Jedym z nich jest płyta kanadyjskiego zespołu Elsiane - Hybrid.


Elsiane to zespół, o którym słyszeli chyba tylko fani Bjõrk, Portishead, Morcheeba czy Massive Attack, ponieważ Hybrid zalicza się do gatunku trip hop pomieszanego z chilloutem. Do tego niesamowity wokal, który albo się kocha albo nienawidzi.

Płyta utrzymana jest w klimacie melancholijnym, magicznym, a dźwięki, które tu słyszymy zostają z nami do końca życia. Utwory są przepięknie skomponowane - mamy tu elektroniczne bity połączone z uwodzącymi smyczkami. No i głos Elsieanne Caplette, który pewnie dla większości będzie czymś nie do zniesienia. Dla mnie to właśnie wokal jest głównym instrumentem na płycie. Możliwości głosowe utalentowanej wokalistki są godne podziwu i czasem ma się wrażenie, że to dźwięki zmodyfikowane komputerowo. Jednak wystarczy obejrzeć kilka piosenek śpiewanych na żywo, aby doznać szoku, że tak można na prawdę śpiewać.

Utwór Vaporous wraz z teledyskiem to czysta magia, a moment pod koniec utworu, gdzie wchodzą skrzypce porusza mnie za każdym razem.
Kolejny utwór Mend, to również coś nie z tej planety. Przede wszystkim możemy doświadczyć cudownych eksperymentów wokalnych. Ciężko uwierzyć, że przejście z tak wysokich dźwięków do tak niskich jest możliwe dla zwykłego śmiertelnika.
Accross the Stream to dalszy ciąg melancholijnej opowieści, po której mamy nieco weselszy utwór, Morphing.
Assemblage Point to akustyczny utwór bez wokalu, który jest piękny w swej prostocie i poprzedza, jedną z moich ulubionych (poza Vaporous i Mend) piosenek, czyli Prosaic. W tej kompozycji urzeka mnie przede wszystkim perkusja, która przywodzi na myśl momentami jakiś utwór jazzowy, oraz trąby w refrenie. W tym momencie na prawdę czuć ciarki po plecach:)
Od utworu Ecclesia, płyta przybiera mroczniejszy charakter. Ta piosenka bardzo przypomina mi klimaty z albumu Dummy Portishead.
Final Escape jest minimalistycznym utworem, w którym wokal wysuwa się na pierwszy plan, a w tle mamy wiolonczele, skrzypce i nieokreślone, mechaniczne dźwięki, przypominające stukot talerzy. Piosenka nie jest już tak spektakularna jak całość, aczkolwiek jej tekst bardzo do mnie przemawia i pasuje do myśli całego albumu.
In a Crisis to smyczkowe preludium do Paranoia - mocnego, intensywnego, mrocznego utworu, który również jest jednym z moich ulubionych. Opowiada o ciemnej stronie ludzkiego umysłu, a autorka zaprasza nas do tego świata. W tym utworze na uwagę zasługuje również nieoczywisty pochód perkusyjny i przepiękne smyczkowe zakończenie.
Utwór Hybrid jest kolejnym mocnym uderzeniem. Przez większą część mamy wokal przy delikatnym akompaniamencie smyczków, a co jakiś czas słychać mocne uderzenia w bęben, które zwiększają swoją częstotliwość i zwiastują intensywny koniec piosenki, a tym samym całego albumu.

Myślę, że album Hybrid jest rzadką perełką wśród olbrzymiego nakładu powielanych dźwięków, których nie zapamiętamy, i z którymi się nie utożsamimy. Ja mam duży sentyment do tej płyty, ponieważ słuchając jej stworzyłam kilka prac, które jeszcze dzisiaj są jednymi z ulubionych fotografii w moim portfolio. (np. to to lub to).

Gorąco zachęcam Was do zapoznania się z tą płytą. Słuchajcie w nocy lub w mglisty, deszczowy dzień.

Muzyczny piątek czyli recenzja płyty | YES - TIME AND A WORD

4:24 PM

Muzyczny piątek czyli recenzja płyty | YES - TIME AND A WORD

Hej!

Przyszedł czas na kolejną recenzję, kolejnego albumu. Tym razem zaglądam do kategorii rock/rock progresywny, tudzież symfoniczny i przedstawiam Wam jedną z moich ukochanych płyt Yes, czyli "Time and a Word".


Za każdym razem kiedy pojawia się pierwszy jesienny powiew powietrza, wracam do tej płyty z sentymentem, gdyż po raz pierwszy zapoznałam się z nią jesienią 2009 roku. Co roku odświeżam sobie te miłe wspomnienia i przenoszę się w czasie.

Płyta wydana w 1970 roku, być może nie zainteresuje szerokiej rzeszy odbiorców ale co tam. Być może odnajdziecie w niej coś, co Was zauroczy, tak jak i mnie.

Przede wszystkim płyta ma charakterystyczny dla lat 70' progresywny vibe, który jest nie do podrobienia. Szorstkość gitarowych riffów zmiękczona chłopięcym głosem Jona Andersona urzeka za każdem razem. Mamy też olbrzymią dawkę symfonicznej poezji, która dodaje kompozycjom niebanalnego brzmienia.
Płyta zaczyna się od porządnego uderzenia, czyli utworu "No Opportunity Necessary, No Experience Needed", w którym słychać zarówno organy Hammonda, czyli coś, bez czego rock progresywny nie istnieje, oraz piękne wejście orkiestry, które sugeruje, że płyta będzie monumentalna, jakby z zupełnie innego świata.
Kojarzycie październikowe poranki, kiedy słońce wschodzi i niebo jest różowe, a zarazem mgliste? Posłuchajcie eterycznej piosenki "Everydays" do porannej kawy, a to na pewno zrekompensuje wczesne wstawanie i stanie się przyjemnym rytuałem.
Do działania pobudzą Was kolejne utwóry "Sweet Dreams" i "The Prophet". Nie sposób się nie uśmiechnąć wsłuchując się zarówno w słowa, jak i ciekawe przejścia perkusji.
Chciałabym wyróżnić utwór tytułowy, czyli "Time and a Word", którego chwytliwy refren trafia do mnie w 100% i sprawia, że mam ochotę odpalić płytę jeszcze raz.

Album nie ma pochlebnych recenzji w sieci, co jest zaskoczeniem, ponieważ dla mnie to absolutny klasyk i jedna z lepszych albumów Yes (ale ja jestem nieobiektywna). Nie obchodzi mnie zdanie profesjonalnych recenzentów, że ta płyta jest nieporozumieniem i trąci tandetą. Według mnie, wzbogacenie kompozycji oriestrą symfoniczną było bardzo dobrym posunięciem, nie wyobrażam sobie tej płyty w innej aranżacji.

Podsumowując, album Yes "Time and a Word" jest dla mnie nostalgiczną wycieczką samotnego marzyciela ze "starą" duszą, który obserwując świat dookoła wreszcie spotyka bratnią duszę, która myśli i czuje tak samo, a codzienność przestaje mieć znaczenie.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do zapoznania się z twórczością Yes i dacie się wciągnąć do tego magicznego świata...
Jakie macie swoje ulubione płyty, do których wracacie z sentymentem? Dajcie znać w komentarzach:)



Muzyczny piątek czyli recenzja płyty | MILES DAVIS - KIND OF BLUE

3:26 PM

Muzyczny piątek czyli recenzja płyty | MILES DAVIS - KIND OF BLUE

Hej.

Nie samymi kosmetykami człowiek żyje, a ja nie wyobrażam sobie życia bez dobrej muzyki i dlatego postanowiłam co jakiś czas dzielić się z Wami moimi ulubionymi płytami... Tym samym mam nadzieję, że uda mi się Was zainspirować i nawet jeśli nie lubicie takiej samej muzyki, być może odkryjecie coś nowego i poszerzycie swoje horyzonty muzyczne.


Są takie płyty, które zmieniają bieg wydarzeń na polu muzycznym. Są takie, w których jesteśmy zakochani od pierwszych dźwięków i do których wracamy co jakiś czas. Ja do tego albumu wracam bardzo często i myślę, że gdybym miała do wyboru słuchać tylko jednej płyty do końca życia, to byłaby właśnie ta.

KIND OF BLUE została wydana w 1959 roku przez Milesa Davisa i jest to zbiór improwizacji sekstetu w którego skład wchodzi: Miles oczywiście, John Coltrane, Cannonball Adderley, Wynton Kelly, Bill Evans, Paul Chambers oraz Jimmy Cobb. Album został sklasyfikowany jako cool jazz, co oznacza, że mamy tu do czynienia z bardziej stonowanym jazzem, i dla wielu na pewno bardziej przystępnym rodzajem tej muzyki. Niektórzy twierdzą, że płyta ta zapoczątkowała tzw. modal jazz, czyli improwizowanie wokół jednego elementu muzycznego, co da się zauważyć w większości utworów na płycie. Mamy jeden motyw, który stanowi szkielet kompozycji, a muzycy odchodzą co chwila gdzieś na boki, aby następnie powrócić do tego motywu.

Nie chcę Was zanudzać technikaliami, na których sama dobrze się nie znam, więc teraz przejdę do moich odczuć związanych z muzyką na płycie i do tego, czym ten zapis muzyczny jest dla mnie.


Po płytę sięgnęłam jakieś 10 lat temu w wakacje. Byłam jeszcze na studiach i muzyka jazzowa ograniczała się u mnie do śpiewających pań typu Ella Fitzgerald, czy Billie Holiday, nie wiedziałam na ten temat prawie nic. Kiedy odpaliłam płytę Davisa i usłyszałam pierwsze takty So What i wpadający w ucho motyw grany najpierw na fortepianie, później na saksofonie przepadłam. Nie było wieczoru bez Kind of Blue. Płyta towarzyszyła mi w deszczowe popołudnia i gorące noce. Była jak chłodny powiew wieczornego wrześniowego powietrza, czy łyk mrożonej kawy po upalnym spacerze w słońcu. Po tej płycie przyszła kolej na kolejne, Blue Train J. Coltrane'a, Time Out D. Brubecka i tak dalej...

W płycie najlepsze jest moim zdaniem to, że stanowi ona jedną nostalgiczną opowieść. Utwory są mniej więcej na tym samym poziomie molowym, co nie oznacza, że płyta jest nudna. Dźwięki snują się po pokoju jak dym z papierosów. Uwodzą.

Wystarczy posłuchać Flamenco Sketches, aby poczuć tę atmosferę subtelności. Delikatne muśnięcia perkusji i akcenty fortepianowe stanowią tło dla improwizacji Coltrane'a na saksofonie, i Milesa na trąbce. Ten utwór został na grany dwukrotnie na płycie, co mnie bardzo cieszy, ponieważ jestem za każdym razem tak zahipnotyzowana, że nawet nie zwracam uwagi na to kiedy się kończy jedna wersja, a kiedy zaczyna Alternate Take.


Płyta może stanowić zarówno muzykę "do tła" na kameralnym przyjęciu, ponieważ nie tylko nie odstraszy mniej wytrawnych słuchaczy, ale również nie przytłoczy rozmów i nie zdominuje pomieszczenia.
Jednak polecam oczywiście słuchanie w samotności lub we dwoje przy lampce wytrawnego wina i przygaszonych światłach, wchłaniając każdy dźwięk i skupiając się na tym co jest pomiędzy dźwiękami, bo przecież właśnie tak powinno się słuchać jazzu...

Copyright © EPHEMERIC BEAUTY , Blogger